Samobójstwo pana Desbrosses
Denis Diderot
(Fragment z „Salonu roku 1769”)
Jeżeli powiedzą wam, że zabijają się tylko szaleńcy, nie wierzcie temu. Protestuję w imieniu tego biednego Desbrosses'a, który panował nad sobą, tak jak żaden człowiek nigdy nad sobą nie panował; Katon nie miałby od niego więcej zimnej krwi. Zostawił wiele listów i każdy z nich miał ton, jaki powinien mieć, zależnie od charakteru adresata. Jak mędrzec, który wyrusza w daleką podróż, nie zapomniał o niczym; porządek, w jakim zostawił swoje sprawy, jest arcydziełem.
Przyszedł do mnie w sobotę, usiadł i powiedział: „Wywrożyłeś mi pan, że mój niepoczytalny braciszek doprowadzi mnie do ruiny i że nie wyjdę już z tego. Pańska przepowiednia się sprawdziła: oto stoję między utratą honoru i śmiercią, i nie możesz pan wątpić, że już dokonałem wyboru!"
Mówi to z takim spokojem i flegmą, jakby rzecz dotyczyła kogoś zupełnie obcego; twarz jego nie zdradzała najmniejszego poruszenia. I właściwie czemuż ten, kto patrzy na życie z wielkiej odległości i przekonał się, że jest ono bardzo nędznym podarkiem, że śmierć jest niczym i że przejścia można dokonać bez bólu, miałby doświadczać jakiegoś niepokoju?
Odpowiedziałem mu, że gdyby był dotknięty jakąś straszną chorobą, na którą nie ma lekarstwa, z miejsca mówilibyśmy o czymś innym, ale że nigdy nie uwierzę, aby tak rozumny i dzielny człowiek miał pożegnać się z życiem z powodu pieniężnych tarapatów i utraty zaufania.
„- Ile masz pan lat? - zapytałem.
- Trzydzieści jeden.
- Jak to! Pan, który jesteś talk młody, masz żelazne siły, zimną głowę i dobrze poznałeś świat, nie doceniasz walorów, jakie masz w ręku?"
Mówiłem o jego życiu jak o procentowym papierze. Przedstawiałem mu, że Samuel Bernard w wieku osiemdziesięciu lat gotów był pozbyć się całej swojej fortuny i wyjść w jednej koszuli na ulicę, i to w trzaskający mróz, pod warunkiem, że odzyska młodość, tak był pewien, że w krótkim czasie dojdzie do dwukrotnie większych pieniędzy.
„Trzeba, drogi panie — dodałem — wydrzeć pańskim wierzycielom niewielką sumkę, skoczyć w dyliżans i poszukać gdzie indziej fortuny. Znajdziesz ją pan, w ciągu dziesięciu lat popłacisz dawne zobowiązania, staniesz się człowiekiem bogatym i będziesz dziękował przypadkowi, który cię zaprowadził był do mnie, abym ci wybił z głowy ten nieszczęsny zamysł."
Dałem mu przykład jednego z moich znajomych, który trzykrotnie został zrujnowany; uśmiechnął się i zaczęliśmy mówić o rzeczach obojętnych, on, tak jak i ja, z całą swobodą, zimną krwią i rozsądkiem. Podano do stołu; zapraszam go, odmówił; pożegnaliśmy się i po chwili dowiaduję się, że strzelił sobie w łeb z pistoletu. Dziś od rana cały czas o nim myślałem, aż w końcu uspokoiłem się trochę, kiedy zapewniono mnie, że padł trupem na miejscu. Znaleziono go z głową opartą o stół przed portretem króla pruskiego.
[ przełożył Jan Kott ]
Wyświetlanych:

















powrót do indexu


