Szwejk staje przeciwko Italii
Jaroslav Hašek
Szwejk szedł do wojska z sercem radosnym. Marzyło mu się, że w wojsku przeżyje jakąś wesołą przygodę i rzeczywiście udało mu się wprawić w osłupienie cały garnizon w Trydencie wraz z jego naczelnym dowódcą. Szwejk zawsze był uśmiechnięty, uprzejmy w zachowaniu i pewno dlatego stale siedział w więzieniu.
A gdy wyszedł z więzienia, odpowiadał z uśmiechem na wszystkie pytania, z całkowitym spokojem pozwalał się znowu zamknąć, zadowolony z siebie, iż lękają się go wszyscy oficerowie całego garnizonu w Trydencie. Budził lęk nie z powodu gruboskórności, przeciwnie wzbudzał strach z powodu swych uczciwych odpowiedzi, ze względu na swe poczciwe poczynania i łaskawie przyjacielskie uśmiechy, które w nich wzbudzały rozpacz.
Przychodzi inspekcja do izby, uśmiechnięty Szwejk siedzi na pryczy i uprzejmie pozdrawia:
— Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus, melduję posłusznie. Oficer Walk zgrzytnął zębami patrząc na szczery, przyjacielski uśmiech Szwejka i byłby mu z ochotą poprawił na głowie czapkę, aby mu siedziała wedle przepisu, ale ciepły i serdeczny wzrok Szwejka powstrzymał go od jakichkolwiek uwag.
Do izby wszedł major Teller. Oficer Walk surowo zmierzył oczyma drużynę stojącą przy pryczach i powiedział:
— Wy, Szwejk, przynieście tutaj karabin!
Szwejk przytomnie wypełnia rozkaz i przynosi zamiast karabinu cielę. Major Teller patrzy z wściekłością na delikatnie niewinne rysy twarzy Szwejka i wrzeszczy:
— Wy nie wiedzieć, co to jest gwer?
— Melduję posłusznie, że nie wiem.
I już prowadzą go do kancelarii. Przynoszą lam karabin i podtykają mu pod nos:
— Co to jest, jak się to nazywa?
— Melduję posłusznie, że nie wiem.
— To jest karabin.
— Melduję posłusznie, że nie wierzę.
Zamykają go, a profos uważa za swój obowiązek, aby mu oświadczyć, że jest osłem. Drużyna idzie w góry na ćwiczenia, spokojny i uśmiechnięty Szwejk siedzi za kratkami.
Nie mogąc sobie z nim poradzić, zrobili z niego ordynansa jednorocznych ochotników, pomagał w kasynie podczas obiadu i kolacji.
Rozniósł sztućce, posiłki, piwo i wino, skromnie przysiadł sobie kolo drzwi, palił papierosa i co jakiś czas głosił:
— Posłusznie proszę, panowie, że pan oficer Walk jest dobrym panem, bardzo dobrym panem — i uśmiechając się puszczał dym w powietrze.
Przyszła znowu inspekcja do kasyna i jakiś nowy oficer miał to , nieszczęście, że spytał stojącego skromnie pod drzwiami Szwejka, do której należy kompanii.
— Melduję posłusznie, że proszę nie wiem.
— Do stu diabłów, który regiment tu kwateruje?
— Melduję posłusznie, że proszę nie wiem.
— Człowieku, jak się nazywa miasto z tym garnizonem?
— Melduję posłusznie, że proszę nie wiem.
— Więc, jak się tu, człowieku, dostałeś?
Z sympatycznym uśmiechem, spoglądając mile i niezwykle przyjemnie na oficera, Szwejk powiada:
— Melduję posłusznie, że się urodziłem, potem chodziłem do szkoły. Potem uczyłem się na stolarza i wyuczyłem się, potem znowu mnie zaprowadzili do pewnej gospody i nakazali mi się rozebrać do naga. Za parę miesięcy przyszli po mnie żandarmi i zaprowadzili mnie do koszar. W koszarach mnie zbadali i powiedzieli: „Człowieku, spóźniłeś się o trzy tygodnie z rozpoczęciem służby wojskowej, a więc cię zamkniemy". Zapytałem się dlaczego, jeśli w ogóle nie chciałem iść do wojska i że wcale nie wiem, co znaczy być żołnierzem. Mimo to mnie zamknęli, potem mnie wsadzili do pociągu, wozili tu i tam, aż przyjechaliśmy tutaj. Nikogo nie pytałem, co to za regiment, jaka to kompania i co to za miasto, abym nikogo nie uraził i zaraz po pierwszych ćwiczeniach musztry mnie zamknęli, ponieważ zapaliłem w szeregu papierosa, choć nie wiem za co i dlaczego. Potem mnie zamykali, kiedy tylko się pokazałem, raz, że zgubiłem bagnet, potem za to, że o mało co zastrzeliłbym pana pułkownika na strzelnicy i wreszcie teraz usługuję panom jednorocznym ochotnikom.Dziecięce, jasne spojrzenie podniósł Szwejk na oficera, który nie wiedział, czy ma się śmiać, czy złościć.
Zbliżało się Boże Narodzenie. Jednoroczni ochotnicy przystroili i w koszarach drzewko, a po kolacji pan pułkownik miał wzruszającą mowę o tym, że jak wszyscy wiedzą, Chrystus się narodził i że cieszą go j porządni żołnierze, i że porządny żołnierz powinien się cieszyć sam z siebie.
I tutaj w ten uroczysty wykład wpadło szczere:
— Jasne! Tak być powinno!
Powiedział to z jaśniejącą twarzą dobry wojak Szwejk, stojący niezauważony pomiędzy jednorocznymi ochotnikami.
— Sie Einjähriger — wrzasnął pan pułkownik — który to krzyknął?
Z szeregu jednorocznych ochotników wystąpił Szwejk i zapatrzył się uśmiechnięty na pana pułkownika.
— Melduję posłusznie, że ja tutaj posługuję panom jednorocznym ochotnikom i że mnie się bardzo podobało, co raczyli mówić. Tak im to płynęło prosto z serca.
Kiedy dzwony w Trydencie zwoływały na pasterkę, Szwejk już od godziny siedział w ciupie.
Tym razem zamknięto go na długo, a potem mu znowu przypasano bagnet i przydzielono do oddziału karabinów maszynowych.
Były wielkie manewry na włoskich granicach i dobry wojak Szwejk ciągnął za armią.
Przed wyprawą słyszał wyjaśnienia kadeta:
— Myślcie sobie, że Italia wypowiedziała nam wojnę i że idziemy I na Włochy.
— Dobrze, więc pójdziemy! — zawołał Szwejk, za co dostał sześć dni aresztu.
Kiedy odsiedział karę, wysłano go wraz z trzema innymi więźniami i pod dowództwem jednego kaprala do jego oddziału karabinów maszynowych. Najpierw szli doliną, potem konno w góry, a tu — jak można było oczekiwać — Szwejk zgubił się w gęstym lesie na włoskiej granicy.
Przedzierał się przez krzewy, daremnie poszukując swych towarzyszy, aż w pełnym uzbrojeniu przekroczył granicę włoską.
I tam Szwejk wyróżnił się szczególnie. Oddział karabinów maszynowych z Mediolanu prowadził właśnie ćwiczenia na granicy austriackiej i jeden muł oraz ośmiu żołnierzy znalazło się na polanie, po której się właśnie rozglądał dobry wojak Szwejk.
Żołnierze włoscy pewni bezpieczeństwa spokojnie wleźli w gąszcz i spali, a muł pasł się dostojnie i powoli oddalał od swego oddziału, zbliżając się do miejsca, z którego Szwejk z uśmiechem spoglądał na nieprzyjaciela.
Dobry wojak Szwejk wziął muła za uzdę i z włoskim karabinem maszynowym na włoskim mule powrócił do Austrii.
Schodził z powrotem po górskim zboczu, skąd przyszedł, potem się jeszcze pół dnia tułał wraz z mułem po jakimś lesie, aż wreszcie pod wieczór zobaczył austriacki obóz.
Straż nie chciała go wpuścić, ponieważ nie znał hasła, nadbiegł oficer i wtedy Szwejk z uśmiechem przyjął postawę zasadniczą i salutując meldował:
— Melduję posłusznie, panie poruczniku, że zabrałem Włochom muła z karabinem maszynowym!
Potem odwieźli Szwejka do garnizonu, ale my wiemy, jak wygląda najnowszy model włoskiego karabinu maszynowego.
[ przetłumaczył Witold Nawrocki ]
Wyświetlanych:

















powrót do indexu


